London Underground… Biegnę po schodach, wpadam w ostatniej chwili do metra, drzwi się zamykają. Jest gdzie usiąść. Otwieram książkę Keith Richards „Life”, wciąga mnie od pierwszych linijek… Trzeba wysiąść. W jednym z wagoników drzwi się nie otwierają. Czekam na kolejne metro. Pada deszcz. Szanse na siedzenie zerowe. Ścisk jak w puszce. Nici z czytania. Nie da się podnieść ręki. Dojechałem. London Bridge – tu wysiadam. Chcę jak najszybciej wyjść z podziemi. Jedno z głównych wyjść jest zamknięte bez żadnego powodu. Jak reszta pędzących na złamanie karku ludzi, walczę, żeby wydostać się ze stacji, ocierając się i wpadając na siebie, co jakiś czas. Jestem na zewnątrz. Wciąż leje. Zakładam kaptur, nie lubię parasolek. Słucham Rolling Stones…

Biurko, komputer, kolejny e-mail, dzwoni telefon… Nareszcie lunch. Wychodzę z Shad Thames. Przechodzę pod mostem Tower Hill. Stoję na południowej stronie Tamizy. Naprzeciwko City Hall. Wokół same biurowce. Po rzece płyną statki. Most się podnosi. Turyści robią zdjęcia. Karuzela Londyńska nie przestaje się kręcić. A Ja pośrodku „niej”, stoję i zastanawiam się, „Co Ja tutaj robię?”Tower Bridge, London

P.S.

Jeśli znasz kogoś, kto chciałby ten artykuł przeczytać, podziel się. Dziękuję Ci bardzo.

Paweł Dobrowolski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Looking for Something?