Zaprosiliśmy z moją dziewczyną moich dwóch siostrzeńców na kilka dni do Warszawy. To miało być nowe doświadczenie zarówno dla nas, jak i dla nich. Zaplanowaliśmy tyle atrakcji, że żartowałem do siostry, że po powrocie nie pozna swoich chłopaków… W zasadzie nie pomyliłem się za bardzo, ale… od początku…

29 lipca 2018 wyjechaliśmy z Puław w 30-stopniowym upale do stolicy. Przywiozła nas moja siostra z mężem. Szybko się pożegnali (cieszyli się na myśl o kilku dniach wolności bez dwóch łobuziaków), a my zostaliśmy z 4,5-latkiem i z 8-latkiem zupełnie sami 😉 Zaczęliśmy się zastanawiać czy to był dobry pomysł. Ale… nie było odwrotu, nie poddajemy się, mamy zaplanowanych przecież mnóstwo atrakcji.

Jeszcze tego samego popołudnia zabieramy chłopaków na Pola Mokotowskie. Mieszkamy blisko, więc jest to idealna okazja. Zaczynają narzekać na 15-minutowy spacer i siadają na przystanku, aby odpocząć. Zatrzymujemy się na placu zabaw. Młodzi szaleją. Patrzymy na siebie z Ciocią i już wiemy, że im niewiele do szczęścia potrzeba i nasze zaplanowane atrakcje może nie do końca im się spodobają. Umawiamy się z Ciocią, że każde pilnuje jednego.

Chłopaki rozbiegają się po całym placu zabaw. Antek bawi się na huśtawce, sekundę później Antek pada, trzask, kolano, poleciało troszkę krwi, ale nie pozwala sobie na płacz. Lekka panika, siadamy na ławce, obmywamy ranę, załatwiam plasterek na ranę od pani z pobliskiej budki z lodami. (A siostra dała mi paczkę plasterków, tylko wujek zapomniał zapakować do plecaka). Po kilku minutach ból mija. Robimy sobie przerwę. Zabieramy chłopaków na frytki. Idziemy do Pubu Tola. Zamawiamy cztery porcje. Franek życzy sobie dużo ketchupu. Obaj zamawiają soczek z Tymbarka jabłkowo-miętowy. Niestety jest tylko jabłkowy.

Najedzeni i napojeni, chłopaki są naładowani energią, a jest już grubo po 20-stej. Wracamy na plac zabaw. Tam poznają inne dzieci i szybko się zaprzyjaźniają. Zabawa trwa na całego aż do zachodu słońca. Wracamy do domu. Chłopaki się kąpią, a my z ciocią rozkładamy łóżka i szykujemy małe domowe kino, które im obiecaliśmy po powrocie. Dzisiejszy repertuar to FROZEN (Kraina Lodu) – chłopaki widzieli ten film milion razy, ale obiecali Cioci – która jeszcze nie widziała – że jej go pokażą. Jest popcorn! Zaczynamy! Dwie miski popcornu później, oboje z Ciocią padamy, a chłopaki jak zahipnotyzowani, nie widać po nich zmęczenia. Przerywamy oglądanie, umawiamy się, że dokończymy jutro. Wszyscy kładziemy się spać.

30 lipca 2018 – wstaję bardzo wcześnie przed wszystkimi, wychodzę po pieczywo. Kiedy wracam, budzę wszystkich i szykujemy się do kolejnego dnia pełnego wrażeń. Franek z Ciocią życzą sobie „jajko na puk”. Dla tych, co nie wiedzą – to jajko na miękko. Ja z Antkiem jemy tradycyjną jajecznicę. Po śniadaniu szykujemy się do wyjścia. Ciocia i ja sprawdzamy wszystko: plastry – są, woda do picia dla wszystkich – jest, ręczniki i ubranie na przebranie dla chłopaków – jest, chusteczki suche i mokre – są, czapki od słońca – są, filtr na słońce – jest. Chyba jesteśmy gotowi do wyjścia.

Idziemy do metra – dla chłopaków to niemałe wydarzenie, będą jechać pierwszy raz! Franek zadaje mnóstwo pytań na temat metra. Wchodzimy pod ziemię. Ich miny są bezcenne, a w szczególności Franka. Cieszy się, jak małe dziecko – no tak, przecież jest małym dzieckiem. Wysiadamy w Centrum. Jesteśmy przed Pałacem Kultury i Nauki. Jest bardzo wcześnie, a już mamy ponad 30C. Trzeba ich zabrać gdzieś do środka. Idziemy do PKiN, żeby sprawdzić, co możemy zobaczyć. Panie przy wyjściach podchodzą do nas i pokazują ulotki z wystawą GALERIA FIGUR STALOWYCH – są to rzeźby figur stalowych, ręcznie wykonywane ze stalowego złomu. Światełko się zapala – ta wystawa to strzał w dziesiątkę.

Chłopaki są w siódmym niebie! Można tam zobaczyć bohaterów z komiksów, najpopularniejszych filmów dla dzieci i dorosłych, jak i pełnowymiarowe repliki sportowych i luksusowych samochodów i motocykli. To mamy świetną zabawę i schronienie od upału na kilka godzin. Chłopaki chyba zaliczyli każdą figurę ze stali, jaka tam stała i przy każdej mają zdjęcia. Pierwsza godzina minęła w mgnieniu oka. Kolejna to stłuczony palec Franka, (wczoraj kolano Antka, a dzisiaj palec Franka), ale jest dobrze, wciąż utrzymujemy ich żywych 😉 Ciocia i wujek spisują się całkiem nieźle 😉 Franek jest jednak niezadowolony i chce już iść, bo boli go palec. Antek szaleje i nie chce iść. Wymieniamy się z Ciocią, kto ma się opiekować kim i pocieszać Franka. Szybko mu jednak mija ból i jak to sam powiedział „już mnie troszkę nie boli…” Zabawa trwa.

Po kolejnej godzinie i setkach prób przekupstwa, aby ich stamtąd wyciągnąć, udaje się nam zabrać ich na lody na Nowym Świecie.

Po lodach bierzemy UBER-a, bo nie chce nam się chodzić w taki upał i jedziemy na bulwary Warszawskie. Następny przystanek – fontanny dla dzieci. Tymczasem po wejściu do UBER-a Franek pyta: „Kto to?” Był zdziwiony, że wsiadamy do nieoznakowanego pojazdu, a miała być taksówka. Tłumaczę mu, że to są takie „tajne” taksówki dla ludzi, którzy mają specjalną aplikację w telefonie i mogą zamówić taką ”taksówkę”.Wysiadamy przy Centrum Nauki Kopernika, schodzimy w dół i siadamy niedaleko natrysków wodnych. Chłopaki przebierają się w kąpielówki i szaleją w wodzie.

Znowu patrzymy na siebie z Tonią – im naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia! Spędzamy tak kilka godzin z przerwami na jedzenie i na kolejną warstwę filtru przeciwsłonecznego. Po kolejnym przekupstwie lodami udaje się nam zabrać ich ze słońca, bo obawiamy się, że upieką się jak wczorajsze frytki. Wracamy do domu. Jest jeszcze wcześnie, zachodzimy po świeże owoce i obiecanego arbuza. Mamy z Ciocią jeszcze w planach wieczorną wyprawę, ale patrząc na ich powłóczysty krok i zmęczone twarze, odpuszczamy. Resztę dnia spędzamy na domowych zabawach, malowankach i oczywiście kinie domowym. Kolejna paczka popcornu i chipsy, które połykają w kilka minut, choć Franek zaznacza, że są niezdrowe, ale od czasu do czasu można 😉 Po oklejonej rysunkami lodówce i maratonie filmowym, padamy i kładziemy się spać.

Kolejny dzień, 31 lipca 2018 – ja i ciocia już na nogach, siedzimy w kuchni i planujemy kolejny dzień pełen atrakcji. Franek skrada się do kuchni ze swoim słodkim uśmiechem. Siada z nami, a my pytamy, czy będzie jadł amerykańskie pankejki, które im obiecaliśmy – oczywiście żywimy ich najzdrowiej, jak potrafimy 😉 Antek krzyczy z łóżka, że będzie jadł, ale ma problemy ze wstaniem, a Franek się wymiguje i mówi, że nie chce. Próba nakarmienia go amerykańskimi naleśnikami z nutellą stoi pod znakiem zapytania. Ciocia wpada na pomysł, że Franek będzie jej pomagał robić pankejki.

Tak mu się to spodobało, że zapomina, że ich nie chciał jeść i sam smarował je największą ilością nutelli. Po śniadaniu nauczył się robić grecką kawę z ciocią. Przetrzymujemy ich trochę w domu, żeby przeczekać największy upał i aby im wystarczyło sił do wieczora, bo w planach mamy Stare Miasto i multimedialny park fontann.

Spakowani i wyszykowani do wyjścia, idziemy dalej podbijać Warszawę. Wysiadamy na stacji Ratusz Arsenał. Franek marudzi i pyta się, dlaczego my ciągle chodzimy po tej Warszawie. Udajemy się w stronę Starego Miasta, krótki przystanek na łyk wody i schłodzenie głowy zimną wodą z butelki. Kilka kroków dalej i… upadek na prostej drodze i płacz. Mimo młodego wieku Franek to twardziel, zawsze szybko wstaje po upadku i idzie dalej. Tym razem wiedziałem, że jest coś nie tak. Adrenalina i panika ogarnęła Franka. Wziąłem go na stronę, posadziłem wygodnie w cieniu i zacząłem powoli uspokajać. W tym czasie Ciocia już szukała taksówki i po chwili byliśmy w drodze do szpitala. Poprosiłem kierowcę, aby nas zawiózł do najbliższego szpitala.

Trafiliśmy na ostry dyżur do Szpitala Praskiego. Ucieszyłem się, że nie było kolejki. Ale szybko mój zachwyt zgasł. Pani w okienku była – delikatnie mówiąc – bardzo niemiła. Nie chciano nas przyjąć, ponieważ jest to szpital dla dorosłych i chyba lekarze w tym szpitalu muszą skończyć specjalne studia, żeby móc zdiagnozować czy złamanie ręki u dorosłego i u dziecka to to samo… Nie udzielono nam pomocy. Nie usztywniono dziecku ręki, aby zapobiec dalszej kontuzji. Nie wskazano nam żadnego szpitala, do którego moglibyśmy się udać z cierpiącym dzieckiem. Po prośbie o karetkę i moim podniesionym głosie – (potraktowałem panią dokładnie tak, jak ona potraktowała mnie), wyszła osoba, która chyba była dyżurną na tym oddziale i powiedziała w bardzo niegrzeczny sposób, żebyśmy sobie wsadzili to dziecko w autobus i pojechali do dziecięcego szpitala. Wciąż nie wiedzieliśmy do jakiego – bo przecież pani, która tak “pięknie” nas przyjęła, jak sama powiedziała: ”nikomu tu nie służy, tylko pracuje dla służby zdrowia”.. cokolwiek to znaczy… Po kilku telefonach na różne informacje podano mi adresy szpitali dziecięcych.

Kolejny UBER – świetny kierowca, który pocieszał Franka całą drogę, zawiózł nas do Warszawskiego Szpitala Dziecięcego na Kopernika 43. Opieka, jak z bajki. Jeśli łamać się, to tylko w tym szpitalu. Przecudowna opieka. Zatroszczono się o nas z pełną „empatią” (piszę to słowo w cudzysłowie, bo niestety niewiele osób wie, co to znaczy). Frankowi od razu usztywniono rękę, powiedziano nam, co mamy robić. Lekarz przyjął nas bardzo szybko. Potem już tylko prześwietlenie, diagnoza i oddział. Niestety to było złamanie dwóch kości przedramienia z przemieszczeniem i rodzice jako opiekunowie prawni, którzy już byli w drodze do Warszawy, musieli zadecydować czy gips, czy operacja. Operacyjne nastawienie jednak było najlepszym wyborem. Franek ma wolną rękę od niepotrzebnego gipsu, który nie gwarantował, że ręka się zrośnie jak należy. Franek już się uśmiecha i chodzi z przewiewnym temblakiem.
A Warszawskiemu Szpitalowi Dziecięcemu na Kopernika 43 mogę tylko podziękować za wspaniałą opiekę i za to, że okazali człowieczeństwo, którego tak bardzo dzisiaj nam wszystkim brakuje.

Za to Szpital Praski proszę omijać z daleka!

I tak to właśnie złamałem mojego siostrzeńca.

To było dla nas wszystkich nowe doświadczenie, a chłopcy wrócili do domu w nieco odmiennym stanie… 😉

ps. Na szczęście nadal chcą przyjechać do wujka i dokończyć zwiedzanie Warszawy 😉

pps. – Chłopaki przez cały pobyt mówili, że chcieli, żeby rodzice byli z nimi, bo mogliby razem cieszyć się tym, co oni. W pewnym sensie to się spełniło. Cała rodzina po wypisaniu Franka ze szpitala poszła na Stare Miasto na lody i obiecanej Warszawskiej Syrenki.

Paweł Dobrowolski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *